Koncert Tommy’iego Emanuela w Teatrze Rampa.
Kategoria: Koncerty gitarowe / Autor: Marta Szarecka
Nie byłam na wielu koncertach w życiu. Pewnie zdarzy mi się jeszcze wiele razy. Ale tego, na pewno nie zapomnę...
To było czwartego kwietnia w czwartek, czyli dwa dni temu. Koncert Tommy’iego Emanuela w Teatrze Rampa.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z domu, do samego koncertu podchodziłam sceptycznie.
”-No, chodzę na tą nieszczęsną gitarę, to mi się przyda jakiś koncercik zobaczyć”
No, musze się przyznać, wolałabym zostać w domu i wędrować, (bo surfowaniem tego nazwać nie można...) po bezkresnych polach Internetu. Tatko poprosił mnie bym sprawdziła, o której dokłądnie jest koncert, a mnie się buntować nie chciało, wiec sprawdzałam. Do końca się broniłam przed wyjściem z domu, mówiąc, że nie ma biletów. Ale tata miał...Jak to się nazywa??? ”Koneksje”?? No wiec miał te koneksje, (ale głupie słowo...) więc mieliśmy murowany wstęp na koncert. No wiec cóż...Ubieram się i idziemy z narażeniem życia przez bezkresy podwórka, usiane psimi...no nie ważne czym, do samochodu i jedziemy. Jedziemy. Jedziemy. Do cholery, ile my jeszcze będziemy jechać??? Co łatwo było przewidzieć, stali bywalcy (w wypadku taty czasem i pracownicy...) Rampy, nie mieli pojęcia gdzie wsiąkł ten teatr, wiec błądziliśmy. Kocham błądzić. (Szczególnie, jeżeli ktoś bez widocznego celu otworzył okno...)
No nic, dojechaliśmy i idziemy do drzwi. Coraz bliżej, bliżej, bliżej, gdzieś tam po drodze się potykam i wchodzimy do środka. Tata coś gada dzwoni załatwia, wchodzimy gdzieś po schodkach, gadamy z jakimś Ktosiem. Tylko jedno zdanie zapamiętałam z tej rozmowy. Powiedział je, gdy moja mama oznajmiła mu że chodzę na gitarę.
”-No to jak zobaczy GO (czyżby chodziło o artystę???) To zmieni instrument (śmiech...)”
JA zmienić instrument??? To graniczy z niemożliwością, teraz jak i wtedy, przed koncertem. Widać ten miły Pan uważał, że gitara to tylko instrument, na którym musze grać, bo musze chodzić do szkoły muzycznej. Jakże się mylił ;) Gdy siadaliśmy na miejscach, coś się działo ze mną. Coraz bardziej się denerwowałam.
”-Musi w nim być coś, skoro miałabym zostawić gitarę, gdy zobaczę jak gra” No i się tak zastanawiałam nad tym, z lekkimi przerwami, bo ważne było też, czy mój ukochany profesor,o przepraszam, Profesor. Od instrumentu znalazł Aleje Lotników (miał tam cos nagrywać, i się mnie pytał gdzie owa aleja jest). No i tak do tego nie doszłam, musze się go zapytać gdy go spotkam...
No i wreszcie KTOKOLWIEK wszedł na scenę i co najważniejsze zaczął mówić. No i znowu, z jego wypowiedzi zapamiętałam jedno zdanie, (mam jakiś syndrom „jedno-zdaniowca” chyba czy coś...) i było to ostatnie, zapowiadające:
”-Oto przed państwem (nie pamiętam czy „oto przed pastwm” akurat było, ale jakieś prawdopodobieństwo jest...) najlepszy gitarzysta na świecie Tommy Emanuel”
”Najlepszy??? No to wspaniale, teraz zostaje mi tylko rozsiąść się wygodnie i chłonąć muzykę”
Czułam ze będzie to najlepszy koncert w moim życiu. No i jak się później okazało, była to była czysta prawda, ale cały czas mam nieodparte wrażenie ze zmieni się to, gdy Green Day przyjedzie do Polski ;)
Zaczął.
Zaczął cos tak wspaniałego. To nie byłą gra na gitarze. To byłą poezja (w zasadzie nie lubię poezji, ale co mam powiedzieć, „to była opowieść kryminalna”???)
Usłyszałam wtedy cos tak pięknego. Cudo. To, co słyszę na lekcji gitary, mimo że jest piękne, owszem, Pan Krzysio cudnie gra, było...inne. Zupełnie inne. W jednej gitarze był bas, klasyk, akustyk i perkusja. W jednym była proza i liryka. W jednym Bach i Mozart. Ogień i woda, lud i słońce, Niemiec i Polak, Tusk i Kaczyński. Wszystko było takie piękne, takie precyzyjne i takie...niesamowite. Człowiek miał ochote wstać i krzyczeć. Cały drżał. Przynajmniej ja, nie wiem jak inni...
Siedziałam i słuchałam. Kiedy kawałek był szybki, moja reakcja byłą taka jak powyżej. Kiedy spokojny, chciało mi się spać. Ale nie, dlatego ze był nudny. Dawał po prostu poczucie spokoju i był taki jakby płynął. Jakby muzyka płynęła, jakby płynęła cała sala, cegły, tynk i to, z czego jeszcze Teatr Rampa jest zbudowany.
Ten stan błogości przerywany drżeniem ciała trwał jakieś trzy godziny.
To było chyba najlepsze trzy godziny w moim życiu. Przez ten czas opuściły mnie myśli typu „Niema pokoju, niema miłości i nie jest fajnie” albo czy będzie 10 tysięczny odcinek ‘M jak miłosc’. Wszystko gdzieś popełzło i na te trzy godziny zostawiło mnie w spokoju. Pamiętam tylko, jak pomyślałam:
„-I że też mi się tego głupiego Tears In Heaven nie chce nauczyć...Powinnam się wstydzić........-” (tym razem pamiętam aż dwa zdania...)
Koncert się skończył. No nie kryję, było mi smutno;]. Ale taką wisienką na torcie, taką kokardką na prezencie, takim miłym akcencikiem był autograf mistrza (no a co, nie jest mistrzem???). I pojechaliśmy do domu. Cały czas byłam lekko uśmiechnięta i w stanie błogiej nieświadomości o tym, co się dzieje naokoło mnie.
Wszystko było takie piękniutkie, prościutkie i spokojniutkie.(Co te reklamy Heji robią z człowiekiem...) Gdy już przyjechaliśmy, gdy wdrapałam się po schodach do mojego pokoju i gdy spojrzałam na moją hiszpańską Admire, model Rossario, to poczułam wreszcie cel i skutek tego wieczoru. Ja chce i będę. Osiągnę swój cel. Grać na gitarze będę, choćby mnie mieli powiesić i odciąć palce. Zrobię to, bo musze i wiem, że tego celu nikt mi nie zabierze. Nie pozwolę mu. Przenigdy. Amen.
To było czwartego kwietnia w czwartek, czyli dwa dni temu. Koncert Tommy’iego Emanuela w Teatrze Rampa.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z domu, do samego koncertu podchodziłam sceptycznie.
”-No, chodzę na tą nieszczęsną gitarę, to mi się przyda jakiś koncercik zobaczyć”
No, musze się przyznać, wolałabym zostać w domu i wędrować, (bo surfowaniem tego nazwać nie można...) po bezkresnych polach Internetu. Tatko poprosił mnie bym sprawdziła, o której dokłądnie jest koncert, a mnie się buntować nie chciało, wiec sprawdzałam. Do końca się broniłam przed wyjściem z domu, mówiąc, że nie ma biletów. Ale tata miał...Jak to się nazywa??? ”Koneksje”?? No wiec miał te koneksje, (ale głupie słowo...) więc mieliśmy murowany wstęp na koncert. No wiec cóż...Ubieram się i idziemy z narażeniem życia przez bezkresy podwórka, usiane psimi...no nie ważne czym, do samochodu i jedziemy. Jedziemy. Jedziemy. Do cholery, ile my jeszcze będziemy jechać??? Co łatwo było przewidzieć, stali bywalcy (w wypadku taty czasem i pracownicy...) Rampy, nie mieli pojęcia gdzie wsiąkł ten teatr, wiec błądziliśmy. Kocham błądzić. (Szczególnie, jeżeli ktoś bez widocznego celu otworzył okno...)
No nic, dojechaliśmy i idziemy do drzwi. Coraz bliżej, bliżej, bliżej, gdzieś tam po drodze się potykam i wchodzimy do środka. Tata coś gada dzwoni załatwia, wchodzimy gdzieś po schodkach, gadamy z jakimś Ktosiem. Tylko jedno zdanie zapamiętałam z tej rozmowy. Powiedział je, gdy moja mama oznajmiła mu że chodzę na gitarę.
”-No to jak zobaczy GO (czyżby chodziło o artystę???) To zmieni instrument (śmiech...)”
JA zmienić instrument??? To graniczy z niemożliwością, teraz jak i wtedy, przed koncertem. Widać ten miły Pan uważał, że gitara to tylko instrument, na którym musze grać, bo musze chodzić do szkoły muzycznej. Jakże się mylił ;) Gdy siadaliśmy na miejscach, coś się działo ze mną. Coraz bardziej się denerwowałam.
”-Musi w nim być coś, skoro miałabym zostawić gitarę, gdy zobaczę jak gra” No i się tak zastanawiałam nad tym, z lekkimi przerwami, bo ważne było też, czy mój ukochany profesor,o przepraszam, Profesor. Od instrumentu znalazł Aleje Lotników (miał tam cos nagrywać, i się mnie pytał gdzie owa aleja jest). No i tak do tego nie doszłam, musze się go zapytać gdy go spotkam...
No i wreszcie KTOKOLWIEK wszedł na scenę i co najważniejsze zaczął mówić. No i znowu, z jego wypowiedzi zapamiętałam jedno zdanie, (mam jakiś syndrom „jedno-zdaniowca” chyba czy coś...) i było to ostatnie, zapowiadające:
”-Oto przed państwem (nie pamiętam czy „oto przed pastwm” akurat było, ale jakieś prawdopodobieństwo jest...) najlepszy gitarzysta na świecie Tommy Emanuel”
”Najlepszy??? No to wspaniale, teraz zostaje mi tylko rozsiąść się wygodnie i chłonąć muzykę”
Czułam ze będzie to najlepszy koncert w moim życiu. No i jak się później okazało, była to była czysta prawda, ale cały czas mam nieodparte wrażenie ze zmieni się to, gdy Green Day przyjedzie do Polski ;)
Zaczął.
Zaczął cos tak wspaniałego. To nie byłą gra na gitarze. To byłą poezja (w zasadzie nie lubię poezji, ale co mam powiedzieć, „to była opowieść kryminalna”???)
Usłyszałam wtedy cos tak pięknego. Cudo. To, co słyszę na lekcji gitary, mimo że jest piękne, owszem, Pan Krzysio cudnie gra, było...inne. Zupełnie inne. W jednej gitarze był bas, klasyk, akustyk i perkusja. W jednym była proza i liryka. W jednym Bach i Mozart. Ogień i woda, lud i słońce, Niemiec i Polak, Tusk i Kaczyński. Wszystko było takie piękne, takie precyzyjne i takie...niesamowite. Człowiek miał ochote wstać i krzyczeć. Cały drżał. Przynajmniej ja, nie wiem jak inni...
Siedziałam i słuchałam. Kiedy kawałek był szybki, moja reakcja byłą taka jak powyżej. Kiedy spokojny, chciało mi się spać. Ale nie, dlatego ze był nudny. Dawał po prostu poczucie spokoju i był taki jakby płynął. Jakby muzyka płynęła, jakby płynęła cała sala, cegły, tynk i to, z czego jeszcze Teatr Rampa jest zbudowany.
Ten stan błogości przerywany drżeniem ciała trwał jakieś trzy godziny.
To było chyba najlepsze trzy godziny w moim życiu. Przez ten czas opuściły mnie myśli typu „Niema pokoju, niema miłości i nie jest fajnie” albo czy będzie 10 tysięczny odcinek ‘M jak miłosc’. Wszystko gdzieś popełzło i na te trzy godziny zostawiło mnie w spokoju. Pamiętam tylko, jak pomyślałam:
„-I że też mi się tego głupiego Tears In Heaven nie chce nauczyć...Powinnam się wstydzić........-” (tym razem pamiętam aż dwa zdania...)
Koncert się skończył. No nie kryję, było mi smutno;]. Ale taką wisienką na torcie, taką kokardką na prezencie, takim miłym akcencikiem był autograf mistrza (no a co, nie jest mistrzem???). I pojechaliśmy do domu. Cały czas byłam lekko uśmiechnięta i w stanie błogiej nieświadomości o tym, co się dzieje naokoło mnie.
Wszystko było takie piękniutkie, prościutkie i spokojniutkie.(Co te reklamy Heji robią z człowiekiem...) Gdy już przyjechaliśmy, gdy wdrapałam się po schodach do mojego pokoju i gdy spojrzałam na moją hiszpańską Admire, model Rossario, to poczułam wreszcie cel i skutek tego wieczoru. Ja chce i będę. Osiągnę swój cel. Grać na gitarze będę, choćby mnie mieli powiesić i odciąć palce. Zrobię to, bo musze i wiem, że tego celu nikt mi nie zabierze. Nie pozwolę mu. Przenigdy. Amen.











