JUDAS PRIEST. Katowice, Spodek 6 kwietnia 2005
Kategoria: Koncerty gitarowe / Autor: Maciek
Katowice, Spodek 6 kwietnia 2005 – Live in Concert – Reunited – JUDAS PRIEST. Taki oto napis zdobi plakat wiszący w moim pokoju od 17 lutego 2005 roku. Dostałem go na Listening Party, zorganizowanym przez Sony BMG, z okazji wielkiego powrotu Judas Priest z genialnym wokalista Robem Halfordem, który szeregi grupy opuścił na początku lat 90.
Na koncert ten czekałem od bardzo dawna, szczególnie, że jeszcze nigdy nie było dane mi ich zobaczyć na żywo. Kwiecień 2005 przyniósł jednak bardzo smutne zdarzenie, i z powodu śmierci Jana Pawał II koncert został odwołany.
Analizując trasę koncertową swoich idoli szukałem terminów w których mogliby się pojawić u nas „ponownie”. Niestety, jak się okazało, nie było to możliwe. Minęło kilka miesięcy, gdy została zaplanowana mała zimowa trasa obejmująca kraje bałtyckie i naszych wschodnich sąsiadów – Litwę.
3 grudnia 2005 ok. godziny 21.00 stałem w pierwszym rzędzie hali Ice Palace w Wilnie. Na barierkach swobodnie leżała polska flaga. Wtedy zgasły światła i podniosły się okrzyki skandujące: „Priest, Priest, Priest !!!” Zaczęło się.
Instrumentalne, aczkolwiek bardzo podniosłe intro Hellion, za chwile przechodzi już w riff z Electric Eye. Gitarzyści Glenn Tipton i K.K. Downing nie bez powodu są uważani za jeden z najlepszych duetów gitarowych na świecie. Już od początku słychać perfekcyjne zgranie i „zrozumienie” sceniczne. Na scenie pojawia się Rob Halford, a ja czuje jakby moje marzenie się spełniało.
Muzycy, w każdym kolejnym utworze, prezentują się coraz lepiej. Setlista stanowi swojego rodzaju przekrój przez ich ponad 30 letnia karierę. Brzmienie instrumentów jest powalające i potężne. Również dobór repertuaru został precyzyjnie nakreślony. Zespół pozwala publiczności wyszaleć się w szybkim Riding On The Wind, by za chwile zwolnić do średniego tempa A Touch Of Evil. Halford co chwila udowadnia, że nawet w wieku 54 lat potrafi idealnie operować swoim głosem, bez problemów przechodząc ze średnich rejestrów do falsetu czy nawet bardzo niskiego growlu.
Rozbrzmiewają kolejne utwory, w tym pewna niespodzianka. Na scenie pojawiają się gitary akustyczne. Dawny „rocker” Diamonds & Rust został przearanżowany na wspaniałą akustyczną balladę. Podczas, utworu Glenn Tipton podchodzi na skraj sceny, chwile patrzy na naszą polską grupkę i flagi Polski, a z ruchu usy możemy wyczytać: „All right, HELL BENT FOR POLAND”. Nasze szczęście nie ma granic.
Nadchodzi punkt kulminacyjny koncertu. Painkiller. Utwór tytułowy z płyty wydanej w roku 1990. Jest to swojego rodzaju opus magnum muzyki szeroko pojętej jako heavy metal. Rozpoczyna się od szybkiego solo wykonanego na perkusji, by płynnie przejść w tnący jak brzytwa gitarowy riff i wokalne szaleństwo w wykonaniu Halforda. To co jest bardzo charakterystyczne dla gry Tiptona i Downinga, czyli wspaniałe rozkłady na dwie gitary i pojedynki „solówkowe”, teraz osiąga ideał. Samo odegranie tego sola w niezmienionej formie, jest niemal niemożliwe dla większości gitarzystów, nie wspominając już o skomponowaniu takiego cuda.
Koncert dobiegł końca, całkowicie wyczerpany, ale niesamowicie zadowolony pozostaje na swoim miejscu. Okazuje się, że dzięki naszemu koledze, będziemy mogli się spotkać z zespołem. Myślałem, że to żart, ale już w 15 minut później rozmawiałem z muzykami. Na bilecie muzycy złożyli swoje podpisy. Jednak najbardziej niesamowite zdarzenie miało miejsce gdy Glenn Tipton, dał mi swoją kostkę, którą zagrał ten koncert!!! Było to coś wspaniałego.
Uważam że, był to zdecydowanie najlepszy koncert na jakim byłem, a także jedno z tych przeżyć, które pamięta się przez całe życie.
Na koncert ten czekałem od bardzo dawna, szczególnie, że jeszcze nigdy nie było dane mi ich zobaczyć na żywo. Kwiecień 2005 przyniósł jednak bardzo smutne zdarzenie, i z powodu śmierci Jana Pawał II koncert został odwołany.
Analizując trasę koncertową swoich idoli szukałem terminów w których mogliby się pojawić u nas „ponownie”. Niestety, jak się okazało, nie było to możliwe. Minęło kilka miesięcy, gdy została zaplanowana mała zimowa trasa obejmująca kraje bałtyckie i naszych wschodnich sąsiadów – Litwę.
3 grudnia 2005 ok. godziny 21.00 stałem w pierwszym rzędzie hali Ice Palace w Wilnie. Na barierkach swobodnie leżała polska flaga. Wtedy zgasły światła i podniosły się okrzyki skandujące: „Priest, Priest, Priest !!!” Zaczęło się.
Instrumentalne, aczkolwiek bardzo podniosłe intro Hellion, za chwile przechodzi już w riff z Electric Eye. Gitarzyści Glenn Tipton i K.K. Downing nie bez powodu są uważani za jeden z najlepszych duetów gitarowych na świecie. Już od początku słychać perfekcyjne zgranie i „zrozumienie” sceniczne. Na scenie pojawia się Rob Halford, a ja czuje jakby moje marzenie się spełniało.
Muzycy, w każdym kolejnym utworze, prezentują się coraz lepiej. Setlista stanowi swojego rodzaju przekrój przez ich ponad 30 letnia karierę. Brzmienie instrumentów jest powalające i potężne. Również dobór repertuaru został precyzyjnie nakreślony. Zespół pozwala publiczności wyszaleć się w szybkim Riding On The Wind, by za chwile zwolnić do średniego tempa A Touch Of Evil. Halford co chwila udowadnia, że nawet w wieku 54 lat potrafi idealnie operować swoim głosem, bez problemów przechodząc ze średnich rejestrów do falsetu czy nawet bardzo niskiego growlu.
Rozbrzmiewają kolejne utwory, w tym pewna niespodzianka. Na scenie pojawiają się gitary akustyczne. Dawny „rocker” Diamonds & Rust został przearanżowany na wspaniałą akustyczną balladę. Podczas, utworu Glenn Tipton podchodzi na skraj sceny, chwile patrzy na naszą polską grupkę i flagi Polski, a z ruchu usy możemy wyczytać: „All right, HELL BENT FOR POLAND”. Nasze szczęście nie ma granic.
Nadchodzi punkt kulminacyjny koncertu. Painkiller. Utwór tytułowy z płyty wydanej w roku 1990. Jest to swojego rodzaju opus magnum muzyki szeroko pojętej jako heavy metal. Rozpoczyna się od szybkiego solo wykonanego na perkusji, by płynnie przejść w tnący jak brzytwa gitarowy riff i wokalne szaleństwo w wykonaniu Halforda. To co jest bardzo charakterystyczne dla gry Tiptona i Downinga, czyli wspaniałe rozkłady na dwie gitary i pojedynki „solówkowe”, teraz osiąga ideał. Samo odegranie tego sola w niezmienionej formie, jest niemal niemożliwe dla większości gitarzystów, nie wspominając już o skomponowaniu takiego cuda.
Koncert dobiegł końca, całkowicie wyczerpany, ale niesamowicie zadowolony pozostaje na swoim miejscu. Okazuje się, że dzięki naszemu koledze, będziemy mogli się spotkać z zespołem. Myślałem, że to żart, ale już w 15 minut później rozmawiałem z muzykami. Na bilecie muzycy złożyli swoje podpisy. Jednak najbardziej niesamowite zdarzenie miało miejsce gdy Glenn Tipton, dał mi swoją kostkę, którą zagrał ten koncert!!! Było to coś wspaniałego.
Uważam że, był to zdecydowanie najlepszy koncert na jakim byłem, a także jedno z tych przeżyć, które pamięta się przez całe życie.











