IX Festiwal Gitarzystów Jazzowych im. Marka Blizińskiego GUITAR CITY 2005
Kategoria: Koncerty gitarowe / Autor: Marta Wach
Najlepszy koncert gitarowy na którym byłam ??? To bardzo trudne zadanie ze względu na to iż jestem ogromną fanką brzmienia gitarowego i już w brzuchu matki pokochałam ten dźwięk. Jednak najbardziej zauroczył mnie koncert "IX Festiwal Gitarzystów Jazzowych im. Marka Blizińskiego GUITAR CITY 2005 ".
Było to niezwykłe przeżycie dla kogoś kto uwielbia to klasyczne, mistyczne oraz szalenie przemawiające do serca i duszy brzmienie. Jarek Śmietana pokazał klase na najwyższym poziomie. Jego palce zgrabnie i szybko, a zarazem tak miękko trącały struny i wydobywały z głębi gitary jej najczystsze, jazzowe nuty. Wyglądało to tak, jakby Jarek zgrał się zarówno ciałem jak i duszą ze swoim instrumentem. Wyglądali jak para kochanków wyjętych prosto z "Casablanki". Marcin Olak natomiast, mimo współgrania kontrabasu oraz preparowanej perkusji, potrafił wspaniale oddać ducha gitary i tchnąć swoim rytmem serca wszystkich. Patrzyłam jak zaczarowana na jego płynne ruchy, które tak wspaniale harmonizowały z całością koncertu. Każdy jego ruch wyglądał jakby był spontaniczny, płynący prosto z wnętrza, czysty i żywy, a przecież każda następna nuta była wcześniej zaplanowana i dopasowana do całości. Bardzo czekałam na występ Artura Lesieckiego, o którym wiele słyszałam, ale nigdy nie miałam okazji poznać go na żywo. To co usłyszałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Niespodziewałam się, że istnieje człowiek, który potrafi tchnąć życie w "kawał drewna". Pod ruchami jego palców gitara ożyła. Zaczęła wydobywać z siebie akordy prosto z gitarowej Arkadii świata współczesnego. Każda nuta była jakby żywa. Unosiła się w powietrzu, targała swoim dźwiękiem powietrze, którym oddychałam. Przybierała coraz to inny kształt. Raz była mocnym lwem z dzikiej puszczy, a następnie cichym podmuchem zefira o poranku. Wszystko to tworzyło jedną, piękną całość i wyglądało to tak, jakby najpotężniejsza z muz tchnęła życie w ten zaczarowany pod palcami Artura instrument. W ciągu tych ośmiu dni usłyszałam wiele czystych, żywych i bajecznych akordów. Jednak największe ukłony należą się największej gwieździe tego Festivalu -ęłęó Johnsonowi Wheatbreadowi. Kiedy grał blues'n'rock w którym jest niezastąpiony to wydawało się jakby każdy dźwięk przenikał mnie na wskroś, a każda nurta mego serca odpowiadała nucie wydobywanej z jego "kochanki". To co się działo we mnie kiedy Jahnson zagrał jest nie do opisania. Wiele razy próbowałam zasnąć nie przypominając sobie tych wszystkich zaczarowanych dźwięków. Jednak kiedy tylko przyłożę głowę do poduszki słyszę nie tylko w głowie, ale w całym moim ciele te wszystkie dźwięki, nuty, brzmienia, akordy ... ten świat wyjęty prosto z chicagowskiego filmu o bluesmenach tkwi w moim sercu po dziś dzień. Pierwszy raz udało mi się pojawić na tym Festivalu i jestem pewna, że to co przeżyłam pozostanie na zawsze w moim sercu i "uchu" :) Te wszystkie koncerty były ogromnym przeżyciem nie tylko dla człowieka takiego jak ja - osoby, która kocha dźwięk gitary najbardziej na świecie i jest w stanie usłyszeć i wyłowić go z daleka, ale również dla laika, który nie przepada za taką muzyką. Z czystym sumieniem i poparciem nieziemskim będę wszystkich, których spotkam namawiała, aby pojawili się na tym Festivalu za rok. To co można tam usłyszeć jest muzyczną machiną przenoszącą w zaczarowany świat mitycznego już brzmienia ponadczasowego instrumentu jakim jest gitara !!!
Było to niezwykłe przeżycie dla kogoś kto uwielbia to klasyczne, mistyczne oraz szalenie przemawiające do serca i duszy brzmienie. Jarek Śmietana pokazał klase na najwyższym poziomie. Jego palce zgrabnie i szybko, a zarazem tak miękko trącały struny i wydobywały z głębi gitary jej najczystsze, jazzowe nuty. Wyglądało to tak, jakby Jarek zgrał się zarówno ciałem jak i duszą ze swoim instrumentem. Wyglądali jak para kochanków wyjętych prosto z "Casablanki". Marcin Olak natomiast, mimo współgrania kontrabasu oraz preparowanej perkusji, potrafił wspaniale oddać ducha gitary i tchnąć swoim rytmem serca wszystkich. Patrzyłam jak zaczarowana na jego płynne ruchy, które tak wspaniale harmonizowały z całością koncertu. Każdy jego ruch wyglądał jakby był spontaniczny, płynący prosto z wnętrza, czysty i żywy, a przecież każda następna nuta była wcześniej zaplanowana i dopasowana do całości. Bardzo czekałam na występ Artura Lesieckiego, o którym wiele słyszałam, ale nigdy nie miałam okazji poznać go na żywo. To co usłyszałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Niespodziewałam się, że istnieje człowiek, który potrafi tchnąć życie w "kawał drewna". Pod ruchami jego palców gitara ożyła. Zaczęła wydobywać z siebie akordy prosto z gitarowej Arkadii świata współczesnego. Każda nuta była jakby żywa. Unosiła się w powietrzu, targała swoim dźwiękiem powietrze, którym oddychałam. Przybierała coraz to inny kształt. Raz była mocnym lwem z dzikiej puszczy, a następnie cichym podmuchem zefira o poranku. Wszystko to tworzyło jedną, piękną całość i wyglądało to tak, jakby najpotężniejsza z muz tchnęła życie w ten zaczarowany pod palcami Artura instrument. W ciągu tych ośmiu dni usłyszałam wiele czystych, żywych i bajecznych akordów. Jednak największe ukłony należą się największej gwieździe tego Festivalu -ęłęó Johnsonowi Wheatbreadowi. Kiedy grał blues'n'rock w którym jest niezastąpiony to wydawało się jakby każdy dźwięk przenikał mnie na wskroś, a każda nurta mego serca odpowiadała nucie wydobywanej z jego "kochanki". To co się działo we mnie kiedy Jahnson zagrał jest nie do opisania. Wiele razy próbowałam zasnąć nie przypominając sobie tych wszystkich zaczarowanych dźwięków. Jednak kiedy tylko przyłożę głowę do poduszki słyszę nie tylko w głowie, ale w całym moim ciele te wszystkie dźwięki, nuty, brzmienia, akordy ... ten świat wyjęty prosto z chicagowskiego filmu o bluesmenach tkwi w moim sercu po dziś dzień. Pierwszy raz udało mi się pojawić na tym Festivalu i jestem pewna, że to co przeżyłam pozostanie na zawsze w moim sercu i "uchu" :) Te wszystkie koncerty były ogromnym przeżyciem nie tylko dla człowieka takiego jak ja - osoby, która kocha dźwięk gitary najbardziej na świecie i jest w stanie usłyszeć i wyłowić go z daleka, ale również dla laika, który nie przepada za taką muzyką. Z czystym sumieniem i poparciem nieziemskim będę wszystkich, których spotkam namawiała, aby pojawili się na tym Festivalu za rok. To co można tam usłyszeć jest muzyczną machiną przenoszącą w zaczarowany świat mitycznego już brzmienia ponadczasowego instrumentu jakim jest gitara !!!











