Hash: Chcemy tylko grać.
Kategoria: Koncerty gitarowe / Autor: Paweł Pietrucha
Zapiski z koncertu.
Kilka godzin później stojąc naprzeciw maleńkiej, leszczyńskiej sceny przeszyło mnie uczucie , które dawni zwykli nazywać katharsis, a które to dzisiaj zakurzone nieco wepchnięto do emocjonalnego muzeum z dołączoną karteczką archaizm . Świadomość tego, co działo się przed mymi oczami, stopniowo wyostrzała zmysły, aby nie uroniły one choćby kropli z tych iście rock n rolowych Dionizji, gdzie zamiast greckiego wina, spod strun sączyły się strumieniem wstrząsające wyznania dzikiego Stratocastera i bezkompromisowego Les Paula. Pełne harmonii dialogi, jak i również przeradzające się w zapierające dech w piersiach monologi, tych arcyklasycznych oratorów gitarowej rzeczywistości, zdecydowanie bardziej przypominały szamański rytuał, przeprowadzany w celu wskrzeszenia konającego ducha rock and rolla, aniżeli koncert w zalatującej kulturalną prowincją mieścinie. Nie obawiaj się jednak mój Drogi Czytelniku, gdyż nie antycznych Greków, ani też indiańskich czarowników dane mi było oglądać owego wieczoru, a członków grupy Hash, których to występ począłem opiewać od słów pierwszych mego pisania. Jeszcze dzisiaj wspomnienie daty 13.06.2003 przyprawia mnie niemal o euforyczny atak serca.
Pewien jestem, iż dość nieswojo poczułeś się, nie widząc na wstępie szacownych, aczkolwiek nadużywanych już nazwisk w stylu Vai, Morse czy Satriani. W ten akt ignorancji zanurzę się jeszcze głębiej, ponieważ także o innych należących do bandy sławnych i cenionych nie mam zamiaru pisać, albowiem tekst owy jest dla mnie szansą spłaty osobistego długu wdzięczności, za przywrócenie wiary w mocne gitarowe granie, bez oglądania się na innych i zawartość wypuszczanych w eter lekkostrawnych produktów dla mas. Zacząłem co prawda od meritum, ale wierz mi w tym szaleństwie czai się metoda . Zespół Hash, czyli bohater tego opisu, powstał już w latach 80-tych i od tego czasu nieprzerwanie egzystuje na lokalnej scenie muzycznej. Z jego pierwotnego składu pozostał sam filar składający się z dwójki muzyków, mianowicie: Ireneusza Pecolta (vokal, gitara), Sławomira Otulakowskiego ( gitara prowadząca ), uzupełniony przez Michała Szabałę (bas) i Remigiusza Mikołajczyka (bębny). Efekt ich twórczości można odnaleźć na trzech, do tej pory, wydanych albumach. Otóż koncert, który tak żywo zapadł mi w pamięć był elementem promocji drugiej płyty o sugestywnym tytule: Chcemy tylko grać, nawiasem mówiąc powalającej na kolana pod względem stricte brzmieniowym, oczywiście co stanowi swoisty fenomen jak na zespół, który większość gitarowych i wokalnych partii nagrywał poza profesjonalnym studiem, za pomocą komputera ,,z tyłu sklepu” należącego do Pecolta. Godne pochwały jest to, że chłopaki nie próbują poszukiwać nowej Ameryki, tylko z rozmysłem korzystają z cieszącego ucho arsenału, w skład którego wchodzi klasyczny gibsonowo-fenderowy związek na czele z Marshallem Master Volum 2500 oraz Fenderem Pro Reverb. Powracając do tematu koncertu, uważam za bezcelowe wymienianie tytułów utworów, jak i zagłębianie się w bogactwo tekstów, ponieważ: primo wątpię, ażeby choć garstka czytelników TOP GUITAR była zorientowana w temacie; secundo tekst ma kłaść nacisk na gitarowy charakter zjawiska. I niewątpliwie tamtej nocy, pierwsze skrzypce grały te sześciostrunowe bestie, o niezliczonej ilości twarzy, z których tę najszlachetniejszą członkowie Hashu potrafili ukazać. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że obserwowałem tam oczyszczające sceny z dantejskiego piekła, wymalowane ociekającymi krwią dźwiękami strata, na tle monumentalnej ściany gibsononowskiego soundu (coś mi podpowiada, że gdyby Michał Anioł dzisiaj tworzył swe freski, to z pewnością ze słuchawek jego discmana płynęły by właśnie te dźwięki). Było tak, jakby po scenie bezkarnie panoszyły się echa przeszłości przywołujące na myśl potęgę Led Zeppelin i finezję Deep Purple. Z tego gąszczu doznań przedzierał się morderczy przester Pecolta kruszący powietrze, po to, żeby następnie tremolo Otulakowskiego mogło bezlitośnie porwać je na kawałki. Uczta ta trwała około półtora godziny i nie naznaczyło jej piętnem jakiekolwiek uchybienie. Nie dostrzegłem w niej ani śladu martwej, bezdusznej techniki oraz cyrkowych popisów maskujących mankamenty treści muzycznej. Wszystko miało swój sens i znaczenie, i było czymś na kształt drugiego brzegu dla serwowanych obecnie Mac Zestawów Gitarowych, opuchniętych od sztuczności i fast food ‘owego charakteru.
Żeby nie kończyć na tę moralizatorską nutę, to pragnę wyrazić radość, że mogłem być świadkiem tego renesansowego dla mnie zdarzenia. Nie mniej się cieszę z faktu podzielenia się tym z Tobą mój Drogi Czytelniku. A kto wie? Może się zastanowisz... czegoś poszukasz... coś odnajdziesz... ?
Kilka godzin później stojąc naprzeciw maleńkiej, leszczyńskiej sceny przeszyło mnie uczucie , które dawni zwykli nazywać katharsis, a które to dzisiaj zakurzone nieco wepchnięto do emocjonalnego muzeum z dołączoną karteczką archaizm . Świadomość tego, co działo się przed mymi oczami, stopniowo wyostrzała zmysły, aby nie uroniły one choćby kropli z tych iście rock n rolowych Dionizji, gdzie zamiast greckiego wina, spod strun sączyły się strumieniem wstrząsające wyznania dzikiego Stratocastera i bezkompromisowego Les Paula. Pełne harmonii dialogi, jak i również przeradzające się w zapierające dech w piersiach monologi, tych arcyklasycznych oratorów gitarowej rzeczywistości, zdecydowanie bardziej przypominały szamański rytuał, przeprowadzany w celu wskrzeszenia konającego ducha rock and rolla, aniżeli koncert w zalatującej kulturalną prowincją mieścinie. Nie obawiaj się jednak mój Drogi Czytelniku, gdyż nie antycznych Greków, ani też indiańskich czarowników dane mi było oglądać owego wieczoru, a członków grupy Hash, których to występ począłem opiewać od słów pierwszych mego pisania. Jeszcze dzisiaj wspomnienie daty 13.06.2003 przyprawia mnie niemal o euforyczny atak serca.
Pewien jestem, iż dość nieswojo poczułeś się, nie widząc na wstępie szacownych, aczkolwiek nadużywanych już nazwisk w stylu Vai, Morse czy Satriani. W ten akt ignorancji zanurzę się jeszcze głębiej, ponieważ także o innych należących do bandy sławnych i cenionych nie mam zamiaru pisać, albowiem tekst owy jest dla mnie szansą spłaty osobistego długu wdzięczności, za przywrócenie wiary w mocne gitarowe granie, bez oglądania się na innych i zawartość wypuszczanych w eter lekkostrawnych produktów dla mas. Zacząłem co prawda od meritum, ale wierz mi w tym szaleństwie czai się metoda . Zespół Hash, czyli bohater tego opisu, powstał już w latach 80-tych i od tego czasu nieprzerwanie egzystuje na lokalnej scenie muzycznej. Z jego pierwotnego składu pozostał sam filar składający się z dwójki muzyków, mianowicie: Ireneusza Pecolta (vokal, gitara), Sławomira Otulakowskiego ( gitara prowadząca ), uzupełniony przez Michała Szabałę (bas) i Remigiusza Mikołajczyka (bębny). Efekt ich twórczości można odnaleźć na trzech, do tej pory, wydanych albumach. Otóż koncert, który tak żywo zapadł mi w pamięć był elementem promocji drugiej płyty o sugestywnym tytule: Chcemy tylko grać, nawiasem mówiąc powalającej na kolana pod względem stricte brzmieniowym, oczywiście co stanowi swoisty fenomen jak na zespół, który większość gitarowych i wokalnych partii nagrywał poza profesjonalnym studiem, za pomocą komputera ,,z tyłu sklepu” należącego do Pecolta. Godne pochwały jest to, że chłopaki nie próbują poszukiwać nowej Ameryki, tylko z rozmysłem korzystają z cieszącego ucho arsenału, w skład którego wchodzi klasyczny gibsonowo-fenderowy związek na czele z Marshallem Master Volum 2500 oraz Fenderem Pro Reverb. Powracając do tematu koncertu, uważam za bezcelowe wymienianie tytułów utworów, jak i zagłębianie się w bogactwo tekstów, ponieważ: primo wątpię, ażeby choć garstka czytelników TOP GUITAR była zorientowana w temacie; secundo tekst ma kłaść nacisk na gitarowy charakter zjawiska. I niewątpliwie tamtej nocy, pierwsze skrzypce grały te sześciostrunowe bestie, o niezliczonej ilości twarzy, z których tę najszlachetniejszą członkowie Hashu potrafili ukazać. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że obserwowałem tam oczyszczające sceny z dantejskiego piekła, wymalowane ociekającymi krwią dźwiękami strata, na tle monumentalnej ściany gibsononowskiego soundu (coś mi podpowiada, że gdyby Michał Anioł dzisiaj tworzył swe freski, to z pewnością ze słuchawek jego discmana płynęły by właśnie te dźwięki). Było tak, jakby po scenie bezkarnie panoszyły się echa przeszłości przywołujące na myśl potęgę Led Zeppelin i finezję Deep Purple. Z tego gąszczu doznań przedzierał się morderczy przester Pecolta kruszący powietrze, po to, żeby następnie tremolo Otulakowskiego mogło bezlitośnie porwać je na kawałki. Uczta ta trwała około półtora godziny i nie naznaczyło jej piętnem jakiekolwiek uchybienie. Nie dostrzegłem w niej ani śladu martwej, bezdusznej techniki oraz cyrkowych popisów maskujących mankamenty treści muzycznej. Wszystko miało swój sens i znaczenie, i było czymś na kształt drugiego brzegu dla serwowanych obecnie Mac Zestawów Gitarowych, opuchniętych od sztuczności i fast food ‘owego charakteru.
Żeby nie kończyć na tę moralizatorską nutę, to pragnę wyrazić radość, że mogłem być świadkiem tego renesansowego dla mnie zdarzenia. Nie mniej się cieszę z faktu podzielenia się tym z Tobą mój Drogi Czytelniku. A kto wie? Może się zastanowisz... czegoś poszukasz... coś odnajdziesz... ?











